Wybaczcie mi, że znów zrobię na blogu trochę prywaty, że znów podzielę się z Wami moim życiem prywatnym. Powiedziano mi kiedyś, że blog kulinarny to nie miejsce na zwierzenia i odkrywanie siebie, że to niesmacznie się tak uzewnętrzniać. Uwierzyłam w to na chwilę, powiem Wam – serio, nie wiem czemu. Nie chcę, żeby ten blog to były tylko przepisy proporcje i zdjęcia. Od czterech lat jest nieodłączną częścią mojego życia. Na jego łamach chwaliłam się drobnymi sukcesami, zaręczynami, ale również przeżywałam porażki. Wierzę, że ten kto nie chce i tak tego nie przeczyta, skupi się na samym przepisie, więc nie będzie mu to przeszkadzać, że dzielę się z Wami nie tylko przepisem, ale też życiem.
Pół roku temu, kiedy opublikowałam po długiej przerwie wpis urodzinowy, otrzymałam od Was wiele wsparcia. Byłam załamana odejściem ukochanego dziadka. Od tego czasu przepisy dodawałam sporadycznie cały czas obiecując sobie, że się poprawię. Tak się nie stało. W zeszłym tygodniu odeszła od nas również moja babcia, a ja nie dostałam drugi raz „po tyłku”, tym razem dostałam w „łeb”. Czuję się tak, jakby ktoś chciał sprawdzić ile jestem w stanie znieść, jakie mam granice wytrzymałości. Z drugiej strony czuję się tak, jakby to nie działo się naprawdę, jakbym oglądała swoje życie z boku niczym kiepski film.
Paradoksalnie, wszystko pcha mnie do kuchni. Gotując i piekąc zapominam i czuję się lepiej. Nie wiem czy to boski palec tak sprawia, czy babciny paluszek, ale wiem, że to zawsze z nią rozmawiałam o kuchni, o nowych przepisach, o świątecznym menu i o urodzinowych tortach. To dla niej jako 8 letnia dziewczynka zrobiłam książkę kucharską z wycinakami z gazet i z naszymi starymi sprawdzonymi przepisami i to z nią pieczołowicie przygotowywałam wszystkie świąteczne poczęstunki. Jeśli więc ten blog i moja kulinarna pasja mają stać się moją osobistą terapią – niech więc tak będzie.
***
To ciasto powstało około półtorej miesiąca temu w pełni truskawkowego sezonu. Początkowo zamarzyły nam się drożdżówki. Niestety w wyniku natłoku obowiązków stwierdziłam, że nie będę bawić się w ich formowanie i zrobię jedną, dużą drożdżówkę, z której każdy odkroi dla siebie ile będzie chciał. Wyszło pysznie! Całość uzupełniła kakaowa kruszonka, którą dosłownie miałam ochotę zrywać z ciepłego ciasta.
Najlepsze w dzień upieczenia, ale bardzo smaczne również na następny dzień. Wierzę, że i tak dłużej u Was nie postoi. Idealnie komponuje się z kubkiem zimnego mleka!


Składniki:
- 1 i 1/3 szklanki mleka
- 120 g masła (roztopić)
- 2 jajka
- 1/2 szklanki cukru
- szczypta soli
- 4 szklanki mąki
- 3 łyżki ciemnego kakao
- 10 g drożdży suchych
KRUSZONKA
- 50 g mąki
- 50 g cukru
- 1,5 łyżki ciemnego kakao
- 80 g zimnego masła
DODATKOWO
- około 700 g truskawek
Mleko podgrzewamy w garnuszku (nie zagotowujemy). Masło rozpuszczamy w innym małym rondelku. Mleko chłodzimy, aż będzie letnie i mieszamy z masłem, cukrem i roztrzepanymi jajkami. Mąkę mieszamy z drożdżami i kakao, dodajemy sól i płynną mieszankę. Całość zagniatamy na gładkie ciasto, aż będzie miękkie i elastyczne. Formujemy kulę i odstawiamy np w misce, w ciepłe miejsce, przykryte ściereczką na około 1,5 godziny.
Wykonanie ciasta w maszynie: Do misy dajemy najpierw składniki mokre (mleko, roztopione masło, jajka), potem suche (mąka, cukier, sól, kakao), a na końcu drożdże. Nastawiamy program do wyrabiania ciasta „dough” i po 1,5 godziny ciasto jest gotowe.
Ze składników podanych na kruszonkę wyrabiamy ją dokładnie w palcach, aż powstaną grudki ciasta.
Truskawki myjemy, obieramy z szypułek i kroimy na połówki/ ćwiartki.
Gotowe ciasto przekładamy na wyłożoną papierem do pieczenia dużą blachę i wyrównujemy. Na wierzchu układamy ciasno truskawki i lekki dociskamy. Tak przygotowane ciasto przykrywamy ściereczką i odkładamy na około 30 minut w ciepłe miejsce.
Wyrośnięty placek posypujemy przygotowaną wcześniej kruszonką i wkładamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni. Pieczemy około 45 minut do tak zwanego „suchego patyczka”.



Smacznego! 🙂